W prasie i w telewizji
POWIESIŁ PSA I KATOWAŁ KIJEM
(23.02.2011 http://interwencja.interia.pl/news?inf=1601081)
(23.02.2011 http://interwencja.interia.pl/news?inf=1601081)
Wstrząsająca masakra psa. Właścicielka suki o imieniu Psotka poprosiła sąsiada, by zabił zwierzę. Ten zabrał psa do parku, uwiesił za szyję na drzewie i katował kijem aż pies stracił przytomność. Później porzucił go w rowie. Dzięki zaangażowaniu policji zwierzę udało się odnaleźć. Było w stanie agonalnym.
25 stycznia w Strzelnie koło Inowrocławia katowano psa konarem przypominającym kij bejsbolowy. Według ustaleń śledczych, do 45-letniego Leszka Woźniaka przyszła mieszkająca nieopodal Violetta L. Kobieta chciała odejść od męża. Nie miała co zrobić z psem. Poprosiła sąsiada o pomoc w zabiciu czworonoga. Razem zaciągnęli psa do parku.
- Pies został powieszony na drzewie za głowę i był okładany do momentu aż nie stracił przytomności - opowiada Tomasz Rybczyński z policji w Mogilnie.
- Byli przekonani, że uśmiercili psa, więc porzucili go w krzakach - dodaje Rita Kubiak z Prokuratury Rejonowej w Mogilnie.
Dobę po skatowaniu psa anonimowy mieszkaniec powiadomił śledczych o zdarzeniu. Prawdopodobnie był świadkiem masakry. Poinformował także, kim są oprawcy. Policjanci wraz ze strażnikami miejskimi ze Strzelna rozpoczęli poszukiwania psa. Przeczesano parki i ich okolice. Bez skutku. W tym czasie kryminalni zatrzymali oprawcę czworonoga - Leszka Woźniaka.
- Byłem pod wpływem alkoholu. Namówiła mnie do tego właścicielka psa - mówi Leszek Woźniak.
Mężczyzna trafił do policyjnej izby zatrzymań. Przyciśnięty przez śledczych poinformował, gdzie może znajdować się skatowane zwierzę. Po kilku kolejnych godzinach poszukiwań funkcjonariuszom udało się odnaleźć ukrytego w rowie psa. Mimo że od skatowania minęło 36 godzin, okazało się, że pies żyje. Był w stanie agonalnym.
- Cieszy nas, że policja nie zbagatelizowała tego zgłoszenia, że dociekali, co się dzieje z tym zwierzęciem. To dzięki policji udało się uratować tego psa - mówi Mateusz Janda, komendant główny Straży dla Zwierząt.
Kiedy skatowany kundelek wabiący się Psotka został odnaleziony, był wyziębiony. Nie mógł się ruszyć. Trafił do lecznicy weterynaryjnej w Bydgoszczy. Pojawiły się niestety problemy z funkcjonowaniem nerek.
- Stan psa jest już lepszy, ale wciąż fatalny. Był bardzo pobity, czeka go operacja. Nie wiemy także, czy odzyska wzrok - mówi Irena Łegowska z Bydgoskiego Klubu Przyjaciół Zwierząt "Animals".
Kobieta, która zleciła zabicie psa, wyjechała ze Strzelna zanim policja dowiedziała się o bestialskim skatowaniu kundelka. Funkcjonariusze poszukiwali jej przez 10 dni. Zatrzymano ją na terenie innego województwa. Kobieta nie przyznaje się do winy. Usiłowaliśmy z nią porozmawiać.
- Jesteście szumowinami, zachowujecie się jak idioci, ja nic nie zrobiłam. Ośmieszacie się, robicie z tego więcej, niż jest to warte - wykrzykiwała zza zamkniętych drzwi.*
* skrót materiału
Reporter: Artur Borzęcki
aborzecki@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)

Zdjęcie suczki w miejscu gdzie ją porzucono wykonane przez Policję
Ostatnie wiadomości z Bydgoszczy: Psotka przeżyje, ale być może będzie ślepa link
ZE WZGLĘDU NA DRASTYCZNĄ TREŚĆ I ZDJĘCIA PROSIMY OSOBY WRAŻLIWE I DZIECI O NIE CZYTANIE TEGO ARTYKUŁU
Dnia 12.02.br otrzymaliśmy zgłoszenie, iż na jednej z posesji w Radliczycach znajduje się suczka z wrośniętym łańcuchem okalającym szyję.
Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy 4 psy. Trzy przywiązane łańcuchami do bud i jeden mały luźno biegający.
Jeden z psów (brązowy mieszaniec boksera z owczarkiem niemieckim Dejzi) miał wokół szyi otwartą ranę w której wrośnięta była śruba. Ponadto zapięcie łańcucha (klamra) zaczepiona była nie za obrożę tylko za tkankę skórną i mięśniową szyi suczki. Klamra zaczepiona była bezpośrednio o żywą tkankę!
Musieliśmy piłować zarówno łańcuch jak i wbitą w szyję klamrę, gdyż był to jedyny sposób uwolnienia suczki. Lekarz po dokładnym obejrzeniu rany stwierdził, iż wokół szyi psa zaczepiony był sznurek lub łańcuch, który wrósł w tkankę szyjną. Ktoś życzliwy najprawdopodobniej wyrwał psu tą wrośniętą pseudo obrożę a sunię zaczepił na haku jak słoninę w sklepie mięsnym !!!
Pies musiał strasznie cierpieć.... Suczka była zakrwawiona a na obwodzie szyi miała jedna otwartą ranę.
Natychmiast ją zabraliśmy. Przeszła 3 godzinną operacje. Jest umieszczona w domu tymczasowym. Codziennie musi być dowożona na zabiegi do lek. wet. Leczenie potrwa przynajmniej kilka tygodni.
Takiego draństwa ze strony człowieka nie widzieliśmy nigdy w życiu, podobnie lekarz, który do 12.00 w nocy operował tą nieszczęsną sunię.
Dnia 13.02.br ponownie udaliśmy się do gospodarstwa.
Musieliśmy prosić o pilną interwencję Policji. Dzięki pomocy policjantów z KP w Opatówku odebraliśmy kobiecie drugiego psa / owczarka niemieckiego/ , skrajnie wychudzonego, który również zamiast obroży miał na szyi zaciśnięty łańcuch. Pies przywiązany był łańcuchem w bezpośrednim sąsiedztwie nie zabezpieczonego szamba! W każdej chwili mógł do niego wpaść i utopić się.
Pikanterii tej całej sprawie dodaje fakt , że 25 stycznia br psy te były szczepione przeciw wściekliźnie przez miejscowego lek. wet. Jak lekarz mógł nie zauważyć tych faktów?
Kobiecie tej musimy odebrać pozostałe dwa psy. Niestety nie mamy gdzie ich umieścić, gdyż nasze domy tymczasowe pękają w szwach! Dalsze pozostawienie psów u obecnej właścicielki doprowadzi do ich niechybnej śmierci głodowej. Prosimy o pomoc w ulokowaniu czworonogów, o znalezienie dla nich tymczasowych domów.
Właścicielka nie karmi psów do tej pory robiła to mieszkanka Radliczyc, która nie mogła patrzeć na cierpienie zwierząt. Właścicielka twierdzi, iż nie zauważyła sączących się ran na szyi suczki.
Pragniemy podkreślić, iż odbieramy zwierzęta, tylko i wyłącznie wtedy gdy dalsze pozostawienie ich u właścicieli bezpośrednio zagraża ich życiu. Proszę obejrzeć zdjęcia, które najlepiej zobrazują stan suczki w chwili jej przejęcia ....

Suczka prowadzona do lecznicy na haku wbitym w szyję

Na stole operacyjnym. Przepiłowywanie haka w celu wyjęcia

Podgolona rana na całym obwodzie szyi i rana po wyczyszczeniu
Więcej zdjęć link
Przeprosiny Wskutek choroby w Rodzinie oraz mojej własnej zaniedbałam kontynuację strony - za co przepraszam. Postaram się to powoli nadrobić
Lucky miał pecha do właściciela. Wyskubana sierść, rany. (2011-02-11 Gazeta Wyborcza: Lucky miał pecha do właściciela)
Lucky, czyli "Szczęściarz", wabi się skrajnie zaniedbany pies
odebrany z gospodarstwa w Tenczynku koło Krzeszowic. Właściciel twierdzi, że nie miał pieniędzy na leczenie i
liczył, że pies sam wyzdrowieje.
Częściowo wygryziona sierść i rany na całym ciele. Tak wyglądał ośmioletni husky trzymany na łańcuchu, którego zabrało wczoraj Krakowskie Towarzystwo Opieki nad
Zwierzętami.
O losie psa powiadomił anonimowy informator zaniepokojony stanem Lucky'ego, a szczególnie tym, że przestał widywać go na terenie gospodarstwa.Na miejscu okazało się, że pies nie ma siły opuścić budy. Właściciel twierdził, że Lucky dwukrotnie zjadł szczura, który mógł być zatruty. Mężczyzna zapewniał inspektorów KTOZ, że dbał o Lucky'ego, dobrze go karmił i zabierał na spacery. Miesiąc temu pies zaczął gwałtownie chudnąć i wyskubywać sobie sierść, a lokalny weterynarz nie umiał mu pomóc. Mimo namów rodziny, by uśpić psa, liczył, że jego stan samoczynnie się poprawi.
- Nie miałem serca go uśpić. Powiedziałem żonie, że on musi sam z tego wyjść - mówi właściciel Lucky'ego.
Zapytany dlaczego nie szukał pomocy u innych weterynarzy i doprowadził psa do stanu skrajnego wychudzenia, ucina: - Nie miałem pieniędzy, jestem bezrobotnym bez prawa do zasiłku.
Zachowaniem mężczyzny oburzeni są sąsiedzi. - Jak mógł tak psa skrzywdzić? Gdyby poprosił o pożyczkę pieniędzy na weterynarza, nie byłoby problemu - zapewnia mieszkaniec sąsiedniego gospodarstwa.
Właściciel Lucky'ego zrzekł się praw do psa na rzecz KTOZ. Husky został przewieziony do kliniki w krakowskim schronisku dla bezdomnych zwierząt przy ul. Rybnej. - Przez lata pracy jako inspektora nie widziałem tak zaniedbanego psa. Waży 16 kg, choć powinien 40. Wstępnie stwierdzono wygłodzenie i odwodnienie, stany zapalne i pasożyty skóry wynikające z braku jakiejkolwiek pielęgnacji - mówi inspektor Rafał Feldman z KTOZ-u. Badanie wykazało także, że rany na ciele psa mogą być odleżynami, a nie, jak twierdził właściciel, obrażeniami, które pies sam sobie zadał. - Towarzystwo z pewnością złoży zawiadomienie na policję w sprawie znęcania się nad Lucky'm. Zeznania właściciela są niejasne, a brak pieniędzy nie tłumaczy jego postępowania - twierdzi Feldman.
Po zakończeniu leczenia o losie psa zadecyduje KTOZ. Jeżeli nie będzie przeszkód prawnych, Lucky zostanie przeznaczony do adopcji. Wszyscy, którzy chcieliby wspomóc finansowo leczenie psa, proszeni są o kontakt z krakowskim schroniskiem lub KTOZ-em.

Zdjęcie z forum Dogomania - Kiedyś był syberianem hasky
W dniu dzisiejszym zabrało go małżeństwo do nowego domu gdzie będzie miał do towarzystwa psa i konie. Nadal jednak będzie wymagał specjalistycznej karmy i opieki. Poniżej zdjęcie Lucky'ego w nowym domu skopiowane z portalu dogomania

Koniec psiego koszmaru (09.04.09)
http://miasta.gazeta.pl/czestochowa/
Przy ul. Sosnowieckiej 57-letnia kobieta przez cztery lata znęcała się nad owczarkiem niemieckim.
Wczoraj skrajnie wycieńczoną sukę Nefretete odebrały dwie prozwierzęce organizacje i policja
O wychudzonym owczarku bez sierści przy ul. Sosnowieckiej poinformował kilka dni temu częstochowską Fundację For Animals mieszkaniec Lisińca.
Członkowie organizacji zjawili się na miejscu niemal natychmiast.
- Pomagam zwierzętom od lat, ale czegoś podobnego nie widziałam - mówi prezes fundacji Renata Mizera. - Pies nie miał sierści, był wychudzony i ledwo trzymał się na nogach.
Ponieważ właścicielka nie wyraziła zgody, by zabrać psa do badania, lekarz weterynarii przyjechał na miejsce i pobrał niezbędne próbki.
Podejrzewałyśmy, że sierść wyszła z powodu choroby skórnej lub wewnętrznej. Okazało się, że to ze skrajnego wycieńczenia i wygłodzenia.


Metro - Sejm broni psów i kotów
Nad zakazem pracuje parlamentarny zespół przyjaciół zwierząt.
- Sama widziałam, jak ludzie na targowisku sprzedają małe szczeniaki wprost z kartonów. To niedopuszczalne - mówi Joanna Mucha z PO, szefowa zespołu.
Nikt nie potrafi oszacować, jak duża jest skala tego problemu. Jednak jak alarmują społecznicy ze Straży dla Zwierząt, która interweniuje m.in. w przypadku maltretowania zwierząt, taki niekontrolowany handel odbywa się niemal w każdym mieście w Polsce.
Przykład z podwarszawskiego Słomczyna. Teoretycznie to miejsce, gdzie co niedziela odbywa się giełda samochodowa. Przy okazji hodowcy próbują sprzedać szczeniaki, które niejednokrotnie cały dzień spędzają w ciasnych pudełkach, latem bez osłony przed słońcem, bez wody i jedzenia. Większe psy, zachwalane jako wyjątkowo groźne, przywiązywane są do siatki i szczute. Sprzedawcy wykorzystują to, że w tłumie łatwiej kogoś skusić do zakupu szczeniaka. Ale czy szczeniak zachwalany jako owczarek faktycznie nim jest?
- Na takich targowiskach zwierzęta są traktowane jak przedmioty - oburza się Zbigniew Gruda ze Straży dla Zwierząt. Niestety - ani policja, ani straż miejska nie chcą interweniować. - Ludzie nas alarmują nie tylko o sposobie traktowania szczeniaków, ale też o tym, że sprzedawane są zwierzęta chore - opowiada Gruda. Dotychczasowa ustawa o ochronie zwierząt nie wprowadzała sankcji za takie działania.
Czy tę sytuację zmienią przepisy proponowane przez posłów PO? Gdyby weszły w życie, handel zwierzętami mógłby być traktowany jako wykroczenie. Za złamanie zakazu groziłby mandat (nie określono jeszcze, jakiej wysokości). Psy i koty można byłoby kupić bezpośrednio z hodowli lub ze schroniska.
Ale na tym nie koniec. Jak twierdzi poseł Paweł Suski z PO, który pracuje nad treścią projektu, każdy pies i kot będzie musiał mieć wszczepiony specjalny chip, a następnie na jego podstawie zostanie zarejestrowany w specjalnej ogólnopolskiej bazie. W niej także zostanie odnotowana każda zmiana właściciela.
- To pomoże zidentyfikować bezpańskie zwierzę - podkreśla poseł Paweł Suski. Obecnie wiele miast w Polsce na własny koszt "chipuje" psy i koty.
Wojciech Muża, sekretarz generalny Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce, przypomina, że jego organizacja apeluje o takie przepisy już od 1995 roku. - Dobrze, że po tylu latach, ktoś w końcu wziął się do nowelizacji prawa - mówi. Twierdzi też, że wcześniej próbowali nakłonić samorządy do wprowadzenia zakazu w lokalnym prawie. Niestety, jak wskazuje Zbigniew Gruda, legislatorzy przeoczyli handel w internecie. Np. na aukcji na Allegro zarejestrowano ponad 8 tys. ofert. Wprawdzie psy i koty trzeba odbierać osobiście, ale już np. królika lub świnkę morską można dostać pocztą!
Policja szuka zabójców psów (13.03.09)
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article340540/Schroniska_morduja_zwierzeta_.html
Schroniska mordują zwierzęta?
Bestialskich zabójstw zwierząt mogło dokonać... schronisko - podejrzewa pabianicka policja. Pozbywając się psów, placówka po prostu zaoszczędziła na ich utrzymaniu.
Wczoraj w lesie koło łódzkiej Grupowej Oczyszczalni ścieków znaleziono ciała jedenastu psów i kota. Wśród nich były kilkuletnie psy z dużych ras takich jak owczarek niemiecki, kaukaz czy rottweiler.
Zwierzęta były przed śmiercią bestialsko traktowane. "Pracuję siedem lat w zawodzie, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Rany wskazują na to, że psy były bite" - opowiada Wojciech Stolarczyk, pracownik firmy utylizacyjnej, która pozbywała się zwłok.
Policja dopuszcza jeszcze jedną hipotezę. Zwierzęta mogły też zostać otrute, a obrażenia mogły powstać w trakcie transportu do lasu. Wszystko wykaże sekcja zwłok, której zostały poddane trzy ciała.
Nadal jednak nie wiadomo, kto zamordował zwierząta. Policja podejrzewa, że sprawcą może być któreś z okolicznych schronisk. "Psy znikają i placówki oszczędzają na ich utrzymaniu. Wywóz do lasu nic nie kosztuje i nie skupia uwagi" - mówi jeden z prowadzących dochodzenie pabianickich policjantów. Sprawa jest jednak o tyle trudna, że w okolicy nie ma żadnych domów, a w najbliższej miejscowości - Okołowicach - nikt nie zauważył niczego niepokojącego.
Dlatego policja prosi o pomoc w znalezieniu winnych.
Dla przypomnienia:
www.dziennik.pl/Przerabiali_psy_na_smalec
www.dziennik.pl/Malzenstwo_skazane_za_okrutne_zabicie_14_psow
www.zabilimipsa.pl (23.02.09)
http://www.zw.com.pl/artykul/337749_www_zabilimipsa_pl.html
Właściciel psa zastrzelonego przez myśliwego chce, by sprawcę ścigała policja. Założył też stronę w internecie.
- Zdziczałe psy atakują zwierzynę - bronią się łowczy.
"Usłyszałem strzał i przeraźliwy skowyt, którego nie mogę zapomnieć. Padł drugi strzał. Zaczęliśmy wołać psa. Po paru sekundach nastąpił kolejny wystrzał. Wspięliśmy się na zbocze. W łozinach na skraju pola znaleźliśmy zwłoki Florka" - Rafał Borkowski opisuje na www.zabilimipsa.pl spacer ze swym rasowym samojedem (szpic zaprzęgowy). W niedzielę, 25 stycznia 2009 r., Rafał Borkowski pojechał z Florkiem do znajomych na działkę w okolicach Czerwińska nad Wisłą. Wszyscy wybrali się na spacer do pobliskiego jaru. Pies szedł przed nimi. Nagle wbiegł na górę. - Kiedy straciłem go z oczu, zacząłem wołać. Usłyszałem strzały i zadzwoniłem do kolegi, który szedł kawałek za nami. Sprawdzałem, czy pies nie pobiegł do niego. Ale tam Florka nie było. Znaleźliśmy go martwego - mówi Borkowski.
Na polu zobaczyli człowieka. Dogonili go. Powiedział, że słyszał strzały i widział myśliwego z bronią, który wsiadł do samochodu i odjechał.
- Byliśmy w szoku. Nigdy bym nie przypuszczał, że na terenie, gdzie są domki letniskowe, ktoś może strzelać do psa. Przecież miał obrożę, był rasowy, zadbany - mówi Borkowski. Postanowił nie odpuścić myśliwemu. Ustalił, że psa mógł zabić Marian T. To on wpisał w księdze łowieckiej związku odstrzał psa pod Czerwińskiem.Właściciel Florka powiadomił komisariat w Załuskach. - Ale przez miesiąc policja nic w tej sprawie nie zrobiła - mówi.
Tadeusz Kaczmarek, rzecznik mazowieckiej policji, odpiera zarzut: - Myśliwy był chory. Leżał w szpitalu. Nie mogliśmy go przesłuchać.Marian T. należy do koła łowieckiego Cytadela w Warszawie. - Jak zastrzelił, to znaczy, że pies się wałęsał, dobrze więc zrobił - chwali kolegę Adam Waszczyk, sekretarz Cytadeli.
- Właściciel powinien wiedzieć, że jego pupil w lesie ma być na smyczy - dodał.
- Wiem, że Florek powinien iść na smyczy. Ale to wcale nie oznacza, że trzeba do niego strzelać. Przecież było widać, że nie jest bezpański, miał obrożę - tłumaczy właściciel Florka.
Według sekretarza Cytadeli, Marian T. jest doświadczonym myśliwym.- Polował także jego ojciec.
A przez wałęsające się psy mamy mniej zająców, bażantów. Sprawę niech badają organa ścigania - zakończył rozmowę Adam Waszczyk.
Marek Matysek, rzecznik Polskiego Związku Łowieckiego: - Sam mam psy. Każdy przypadek zastrzelenia psa budzi emocje. Ale od sprawdzenia, czy myśliwy przekroczył uprawnienia, są prokuratura i sąd. Niech ustalą, jak było. Jeśli źle zrobił, to niech odpowiada.
Rzecznik przyznaje, że koła łowieckie mają wytyczne, by do rasowych psów nie strzelać. - Tylko do bezpańskich, zdziczałych - mówi Matysek.
Błąkające się po lasach kundle dziesiątkują zwierzynę. - Zagonią sarnę na śmierć, a gdy raz zasmakują dziczyzny, to już nie odpuszczą - mówi Stanisław Turowski z Nadleśnictwa Chojnów.
- Prawo łowieckie jest nieprezycyjne. Zależy nam na jego zmianie. Zakładając stronę, chcemy wywołać dyskusję, doprowadzić do tego, by jasno zostało określone, kto i kiedy może strzelać do psów - mówi Rafał.
Sprawa "kociego biznesmena" trafiła do prokuratury (21.02.09)
http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090221/ZAMOSC/258884152
Wczoraj rano policjanci przesłuchali mężczyznę, od którego kupiliśmy kocią skórę. Twierdzą, że... został pomówiony. Powołują się przy tym na jego tłumaczenia. "Koci biznesmen" miał tylko ściągać skóry ze zwierząt potrąconych przez samochód.
- W tej chwili nic nie wskazuje na to, że ten mężczyzna popełnił przestępstwo - informuje Milena Galarda z biłgorajskiej policji. - Tłumaczy, że zbiera z ulicy koty potrącone przez samochód. A tego prawo nie zabrania.
Tę informację otrzymaliśmy wczoraj kilka godzin po przeszukaniu u "kociego biznesmena". Policjanci znaleźli tam skóry zwierząt. Mężczyzna ma pozwolenie na broń myśliwską. Ale funkcjonariusze twierdzą, że nie ma żadnych dowodów, by skóry pochodziły z nielegalnej działalności. - Nie mamy podstaw do postawienia zarzutów - dodaje Galarda.
Tymczasem dzień wcześniej mężczyzna zachwalał nam kocie skórki na futro oraz kocie mięso, które świetnie nadaje się na kiełbasę. Ogłasza się też w lokalnej prasie. Mało tego: w centrum Biłgoraja o godz. 16 kupiliśmy od niego taką skórę. A już kilka minut później Halina Kowalska-Pyłka, szefowa lubelskiego Animalsa zgłosiła na policję w Biłgoraju zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
- Jestem wstrząśnięta stanowiskiem biłgorajskich policjantów - komentowała wczoraj zdenerwowana Pyłka. - Jak to możliwe, by wszystkie te koty wpadały temu panu pod samochód?! Nie zostawię tak tego, to zbyt drastyczne.
Sprawą zainteresowała się Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie. Jej rzecznik uspokaja: Sprawa jest w trakcie wyjaśniania. Akta zostały przekazane do prokuratury - mówi Janusz Wójtowicz. - Apelujemy do wszystkich, którym zaginęły koty, by zgłaszali się na policję. Być może zidentyfikują skórę ze swojego czworonoga.
Dowiedzieliśmy się tymczasem, że o "kocim biznesmenie" w Biłgoraju głośno od dawna. Już w ubiegłym roku burmistrz Biłgoraja Janusz Rosłan zawiadomił miejscową policję o podejrzanym procederze. - Wysłałem gazetę z ogłoszeniem o sprzedaży skór z kotów - mówi Janusz Rosłan. - Do dziś nie otrzymałem odpowiedzi.
Policja wszczęła wtedy postępowanie sprawdzające. Ale zostało umorzone. Także wtedy za dobrą monetę zostały przyjęte tłumaczenia mężczyzny, że skóry bierze z kotów potrąconych przez samochód.
Sprawę "kociego biznesmena" opisała też dwa tygodnie temu Agnieszka Tomaszewska, dziennikarka Nowej Gazety Biłgorajskiej. Ją także zelektryzowało ogłoszenie w prasie. - Zadzwoniłam do tego pana i zapytałam o ofertę - opowiada. - Odpowiedział, że posiada i handluje m.in. skórami z kotów kanapowych, rasowych, dzikich i bezdomnych o różnorodnym umaszczeniu. Dodał też, że sprzedaje mięso z kotów na pasztety i kiełbasy.
Dziennikarka opowiedziała o tym policjantom. Ale sprawa ucichła.
Potrąciłeś psa? Masz obowiązek mu pomóc (20.02.09)
http://miasta.gazeta.pl/bielskobiala/1,88025,6298897,Potraciles_psa
Bielska Fundacja Ekologiczna Arka rozpoczyna ogólnopolską kampanię, która ma uwrażliwić kierowców na los potrąconych przez samochody zwierząt. - Nie wszyscy wiedzą, że zgodnie z prawem kierowca, który potrącił zwierzę, ma obowiązek mu pomóc - przypominają ekolodzy.
W Nowy Rok Dariusz Paczkowski, działacz Arki, jechał samochodem z Żywca do Bielska-Białej. - To był straszny widok. Psy bardzo boją się petard, często uciekają na oślep słysząc wybuchy. Na całej drodze leżały zabite przez samochody. Zatrzymywałem się i ściągałem je na pobocze, tylko tyle mogłem zrobić - opowiada Paczkowski. Niektóre zwierzęta być może jeszcze jakiś czas żyły, ale nikt w porę nie zatrzymał się, by udzielić im pomocy. A może ludzie po prostu nie wiedzą, co w takiej sytuacji robić?
Podobne sygnały dochodzą do ekologów bardzo często. Dlatego fundacja postanowiła rozpocząć ogólnopolską kampanię mającą to zmienić. W przyszłym tygodniu gotowe będą plakaty i ulotki. Wojciech Owczarz, prezes Arki, mówi, że w pierwszej kolejności trafią do szkół nauki jazdy. - Niewiele osób pamięta, że zgodnie z prawem kierowca, który potrącił zwierzę, ma obowiązek mu pomóc. Chcemy, żeby instruktorzy uczyli tego przyszłych kierowców - wyjaśnia Owczarz.
Arka chce doprowadzić do sytuacji, gdy w sprawie zwierzęcia potrąconego przez samochód będzie można zadzwonić pod numer alarmowy 112 i tam dowiedzieć się, co dalej robić. Bo teraz jest z tym bardzo różnie.
Bielszczanka Daria Makowska znalazła na drodze z Katowic do Bielska-Białej potrąconego przez samochód kota. - Dzwoniłam do różnych instytucji, nikt nie był w stanie mi powiedzieć, co w takiej sytuacji robić. Na własną rękę zawiozłam kota do weterynarza, nic się już nie dało zrobić, został uśpiony. Zapłaciłam sto złotych. Dla mnie to bardzo duża kwota - opowiada bielszczanka.
Tymczasem zajęcie się bezdomnym zwierzęciem to obowiązek gminy. Różnie jest to rozwiązane. W niektórych miejscowościach w takiej sytuacji wzywa się pracowników schroniska, w innych wyznaczone są lecznice weterynaryjne, które pomagają w takiej sytuacji. - Będziemy sprawdzać, które rozwiązanie najlepiej się sprawdza i proponować je w całej Polsce. Są niestety miejscowości, gdzie nic się w tej sprawie nie robi. Tam chcielibyśmy utworzyć grupy wolontariuszy, których w miarę naszych możliwości będziemy wspierać finansowo - mówi Owczarz.
Arka chce zaprosić do współpracy inne organizacje pomagające zwierzętom. - Jeśli będzie nas więcej, łatwiej będzie coś w tym kierunku zdziałać - zachęca Owczarz.
Danucie Mikusz-Oslislo z zabrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami pomysł kampanii bardzo się podoba. - W Zabrzu ludzie wiedzą, co w takiej sytuacji robić. Dzwonią do schroniska na całodobowy numer telefonu, po zwierzę przyjeżdża samochód. Ale w wielu miejscowościach jest z tym problem. Nie bardzo wiadomo np., co robić ze zwierzętami potrąconymi na autostradzie, do kogo dzwonić - mówi pani Danuta. - Poza tym próba pomocy na własną rękę może się skończyć pogryzieniem człowieka, bo ranny, cierpiący pies może zareagować agresją - dodaje.
5 miesięcy robót publicznych za znęcanie się nad psem (18.02.09)
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6291483.html
Wyrok 5 miesięcy robót publicznych za znęcanie się nad psem wydał szczeciński Sąd Rejonowy. Opiekunka, która głodziła sukę Elzę i trzymała ją w skrajne niegodnych warunkach, 20 godzin miesięcznie będzie musiała nieodpłatnie pracować w Domu Kombatanta w Szczecinie
Bez pożywienia, bez wody, w ciasnej, ciemnej komórce - to warunki w jakich żyła Elza. Pies był w stanie skrajnego wyczerpania, cała komórka była pełna odchodów, trudno było znaleźć miejsce by postawić stopę na suchym kawałku podłogi. - Wystające żebra i kręgosłup, zaropiałe oczy, zaawansowana grzybica na całym ciele - wspomina Karolina Jurzysta, inspektor Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami, która rok temu wspólnie z policją odbierała psa właścicielce. Dziś inspektor nie chce komentować postępowania właścicielki. - Musiałabym używać wulgaryzmów, bo tylko takie przychodzą mi do głowy, coś okropnego, to jest jedna z takich interwencji, która zapada głęboko w sercu - przekonuje.
"Dziękuję sędziemu"
- Dla Szczecińskiego Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami wyrok za znęcanie się nad zwierzęciem to powód do świętowania - mówi z uśmiechem jego prezes Anna Kiepas-Kokot.
- Dziękuję sędziemu - dodaje Karolina Jurzysta. - Nabrałam wiary, że tacy podli właściciele, wreszcie będą stawiani przed wymiar sprawiedliwości i karani - mówi.
Powody do szczęścia
Wyrok szczecińskiego sądu spowodował, że inspektor, która przed rokiem odbierała psa właścicielce popłakała się. - To były łzy radości - przekonuje Karolina. Ale powodów do radości jest więcej. Suka Elza po długim leczeniu i dochodzeniu do siebie w schronisku, trafiła do nowych, kochających ją opiekunów. - Jest teraz tłusta, zdrowa i szczęśliwa, mam nadzieję, że niedługo ją odwiedzę - kończy pani inspektor.
Stanisław S. i psy. Znęcał się, czy zaniedbał? (16.02.09)
http://miasta.gazeta.pl/szczecin/1,34959,6284552,
Stanisław S., oskarżony o to, że w koszmarnych warunkach trzymał 35 psów, nie zjawił się w sądzie. Twierdzi, że nie wytrzymałby psychicznie kolejnej rozprawy W poniedziałek do sądu nie przyszedł
- Mój klient nie jest w stanie przychodzić do sądu - tłumaczył Błażej Kowalczyk, adwokat S. - Dla niego przypominanie tego wszystkiego to osobista trauma.
- To tania sztuczka - ocenia oskarżyciel posiłkowy Grzegorz Bielawski z Pogotowia i Straży dla Zwierząt w Trzciance. - Na cierpienie psów mógł patrzeć przez lata.
Stanisław S. jest sądzony za znęcanie się nad zwierzętami. To przestępstwo, za które grozi do roku więzienia.
- Nie uda się go uniewinnić - uważa mecenas Kowalczyk. - Ale chcemy zmiany kwalifikacji. Będę się starał, by odpowiadał za wykroczenie, a nie za przestępstwo. Przestępstwo musi być celowe, a tu nie było. S. nie chciał maltretować tych psów. On je zaniedbał.
Jeżeli sąd zgodzi się z taką argumentacją, Stanisławowi S. grozić będzie tylko grzywna do 5 tys. zł, którą może zamienić na 30-dniowy areszt.
Oskarżyciel posiłkowy też nie chce kary więzienia.
- Nie zależy mi, by ten pan poszedł siedzieć - zapewnia Bielawski. - Chcę tylko, żeby już nigdy nie mógł trzymać w domu żadnego zwierzęcia.
W lipcu zeszłego roku wydało się, że S., rolnik z Trzęsacza koło Pełczyc, trzymał w swoim gospodarstwie 35 psów rasy pitbull i amstaf. Zwierzęta żyły w strasznych warunkach: spały we własnych odchodach, nie dostawały wody, musiały walczyć o pożywienie. "Hodowca" sprzedawał je na giełdach w Szczecinie, Gorzowie i Berlinie.
Podczas wczorajszej rozprawy w choszczeńskim sądzie zgromadzeni mogli obejrzeć film, który nakręcili inspektorzy Pogotowia i Straży dla Zwierząt w lipcu zeszłego roku, gdy wraz z policją weszli do gospodarstwa Stanisława S. Nagranie jest przerażające. Cały czas słychać skowyt i ujadanie, psy są trzymane w świńskim chlewie na krótkich, 30-centymetrowych łańcuchach. Nie sięgają do garnków z wodą, zresztą są one i tak puste. Kiedy inspektorzy proszą właściciela "hodowli", by nalał wody, psy rzucają się na nią i nie odchodzą, dopóki garnki nie są puste. W boksach ze szczeniakami na sznurkach wiszą wielkie świńskie nogi (podczas poprzedniej rozprawy Stanisław S. tłumaczył: "to po to, by się mogły bawić").
- Tak się szkoli psy do walk - tłumaczy Bielawski - Gdy walczą o pożywienie, uczą się agresji. Najsłabsze osobniki są wyeliminowane, bo nie dają rady doskoczyć do mięsa.
Mięso na filmie wzbudza obrzydzenie: jest utytłane w odchodach i słomie, pełzają po nim setki białych robaków.
Ponieważ obie strony poprosiły o przesłuchanie dodatkowych świadków (sąsiadów S. i weterynarza, u którego miał leczyć psy) potrzebna będzie jeszcze jedna rozprawa. Ma się odbyć 27 kwietnia.
Copyright © Agata Balu
